Liczby wyglądają imponująco w rządowym komunikacie: osiem razy mniej wiz pracowniczych, prawie 200% wzrost deportacji, „suwerenność migracyjna” odzyskana. Tylko że po drugiej stronie tych statystyk stoją puste linie produkcyjne, ciężarówki bez kierowców i przedsiębiorcy, którzy czekają miesiącami na pracowników, którzy nigdy nie dotrą.
9 czerwca 2026 r. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opublikowało triumfalny komunikat: w pierwszym kwartale 2026 r. Polska wydała zaledwie 16 tys. wiz pracowniczych dla cudzoziemców, wobec 123 tys. w analogicznym okresie 2022 r. Spadek o 87 proc. Liczba zezwoleń na pracę skurczyła się z 122 tys. do 38 tys. – minus 69 proc. Wiz studenckich wydaje się o 65 proc. mniej niż pięć lat temu. Deportacji wykonano trzykrotnie więcej.
Rząd mówi: „Polska suwerennie zarządza procesami migracyjnymi”. Pracodawcy mówią coś zupełnie innego.
Branża transportowa, logistyczna i produkcyjna od lat opiera się na rękach ukraińskich, azjatyckich oraz południowoamerykańskich pracowników. Kiedy procedury wizowe zacieśniają się, ci pracownicy po prostu nie przyjeżdżają – albo wybierają Niemcy, Czechy lub Holandię, gdzie proces jest szybszy i bardziej przewidywalny albo nawet Rumunię czy Słowację.
Michał Solecki, prezes Worksol Group – jednej z największych agencji zatrudnienia specjalizujących się w pracownikach z zagranicy – komentuje to wprost:
„Nasze raporty jednoznacznie pokazują, że uzyskanie wizy pracowniczej do Polski stało się procesem trudnym, nieprzewidywalnym i trwającym znacznie dłużej niż jeszcze dwa lata temu. Pracodawcy planują zatrudnienie z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, podpisują kontrakty, a pracownicy – uczciwi ludzie, weryfikowani przez agencje – po prostu nie mogą przyjechać na czas. Najbardziej dotkliwie odczuwają to branże transportowa, logistyczna i produkcyjna, gdzie luki kadrowe przekładają się bezpośrednio na straty finansowe i niedotrzymane terminy.”
Równolegle z rządową narracją o „uszczelnianiu systemu” Instytut Spraw Publicznych opublikował raport „Migracja w Polsce”, którego wyniki są zgoła odmienne w wymowie. Dr Jacek Kucharczyk, prezes ISP i współautor opracowania, wskazuje, że przy szybkim starzeniu się ludności zapotrzebowanie na pracę cudzoziemców będzie szybko rosło, a jeśli Polska chce utrzymać obecne tempo rozwoju gospodarki, to bez nich sobie nie poradzi.
Z analiz ekspertów Deloitte zawartych w raporcie wynika, że głębia zmian demograficznych jest tak duża, że nawet ewentualne podniesienie wieku emerytalnego nie rozwiązałoby wszystkich problemów kadrowych.
To nie jest opinia branżowego lobby. To wyliczenia ekonomistów oparte na danych GUS i prognozach demograficznych.
Kucharczyk zwraca też uwagę, że w obecnej debacie publicznej głosy pracodawców i władz lokalnych – bezpośrednio doświadczających skutków restrykcji – są nagminnie pomijane, a dyskusja sprowadza się do licytowania się, kto ma twardszą politykę wobec migracji.
Rząd podkreśla, że nowe przepisy eliminują nadużycia – fikcyjne umowy, wizy studenckie jako pretekst do wjazdu do strefy Schengen, zezwolenia na pracę „dla pozoru”. I to jest prawda: takie patologie istniały.
Problem w tym, że „uszczelnienie” uderza ślepo. Konsulat nie widzi różnicy między wnioskiem złożonym przez słupa a wnioskiem złożonym przez spawacza z pięcioletnim stażem w polskiej fabryce, który wrócił do domu na święta i chce przyjechać z powrotem. Procedury są te same, kolejki te same, czas oczekiwania ten sam – albo dłuższy.
Pracownicy z Filipin, Indonezji czy Kolumbii, którzy mają konkretną ofertę pracy, realne kwalifikacje i często nawet historię zatrudnienia w Polsce, raportują coraz większe trudności z uzyskaniem terminu w konsulacie, coraz dłuższy czas rozpatrywania wniosków i coraz częstsze odmowy bez jasnego uzasadnienia.
W komunikacie MSWiA nie pada ani jedno słowo o kosztach dla gospodarki. Tymczasem:
Rząd przedstawia swój sukces w kategoriach zerosumy: albo bezpieczeństwo i kontrola, albo „chaos” poprzedniej polityki otwartych drzwi. Tyle że to fałszywy wybór.
Raport ISP wprost wskazuje, że dylemat „bezpieczeństwo czy potrzeby gospodarki” jest fałszywy – możliwa jest selektywna, bezpieczna i zarazem gospodarczo racjonalna polityka migracyjna, która nie sprowadza się do wyścigu w ograniczaniu liczb.
Nikt rozsądny nie kwestionuje potrzeby weryfikacji wniosków wizowych, walki z fikcyjnymi umowami czy egzekwowania prawa pobytu. Pracodawcy i agencje pracy sami są zainteresowani tym, by system był szczelny wobec nadużyć – bo nieuczciwa konkurencja oparta na „papierowych” pracownikach im szkodzi.
Pytanie brzmi: czy wystarczająco szczelny wobec nadużyć musi oznaczać nieprzepuszczalny dla uczciwych?
Rząd ma swoje liczby i swój sukces. Ale gospodarka wystawia inny rachunek – w postaci przestojów produkcyjnych, opóźnionych dostaw, podnoszonych kosztów pracy i kontraktów, których polskie firmy nie są w stanie realizować z powodu braków kadrowych.
Kiedy hala produkcyjna we Wrocławiu stoi pusta, bo spawacz z Kolumbii czeka trzeci miesiąc na wizę, żadna statystyka o „odzyskanej kontroli nad imigracją” tego nie rekompensuje.
Pytanie, czy rząd jest gotowy tę cenę nazwać po imieniu – i czy ktokolwiek ją liczy.
Artykuł powstał na podstawie komunikatu MSWiA z 9 czerwca 2026 r., raportu Instytutu Spraw Publicznych „Migracja w Polsce” (Rzeczpospolita, 2 czerwca 2026 r.) oraz danych Worksol Group.