W 2022 roku Polska i polskie społeczeństwo udzieliły Ukrainie pomocy na skalę bezprecedensową w najnowszej historii naszego kraju. Miliony Polaków otwierały drzwi swoich mieszkań przed uchodźcami, organizowały transport, zbierały żywność i leki, a wolontariat rozlał się szerokim strumieniem po całym kraju. Państwo przekazywało Ukrainie sprzęt wojskowy w pierwszych, najtrudniejszych tygodniach inwazji, samorządy uruchamiały punkty recepcyjne, a przedsiębiorcy i organizacje społeczne mobilizowały środki liczone w setkach milionów złotych. Był to — bez cienia przesady — powód do dumy i międzynarodowego uznania. Cztery lata później na tamten wysiłek można już jednak spojrzeć przez pryzmat twardych danych i oddzielić rzeczywistą skalę pomocy od sposobu, w jaki bywała ona później prezentowana w debacie publicznej.
Punktem wyjścia do tej analizy jest opublikowany przez Fundację im. Stefana Batorego raport „Polska pomoc dla Ukrainy. Nagie fakty i gorzka diagnoza”, którego autorem jest Marek Ziółkowski — dyplomata, były ambasador RP w Kijowie, wieloletni pracownik i wiceminister w Ministerstwie Spraw Zagranicznych oraz były ambasador RP przy NATO. Poniższy tekst przedstawia przede wszystkim ustalenia, interpretacje i tezy autora raportu. Ważne zastrzeżenie na wstępie: nie chodzi tu o tezę, że „Polska nie pomagała Ukrainie”. Jest dokładnie odwrotnie. Raport pokazuje, że polska pomoc w pierwszych latach wojny była ogromna i wyjątkowa — ale jednocześnie że część funkcjonujących publicznie liczb przedstawiała jej skalę w sposób utrudniający uczciwe porównanie. I że znacznie rzadziej rozmawiamy o drugiej stronie polsko-ukraińskiego bilansu: o wkładzie Ukraińców w polską gospodarkę, o rekordowym eksporcie polskiej broni, o handlu, o firmach zakładanych przez Ukraińców w Polsce i o przyszłym rynku odbudowy. Pytanie, które przewija się przez całą analizę, brzmi więc: czy relację Polska–Ukraina można uczciwie sprowadzić do prostego rachunku „ile Polska dała Ukrainie”?
Zacznijmy od tego, czego raport w żaden sposób nie podważa — a wręcz przeciwnie, ocenia bardzo wysoko. Reakcja polskiego społeczeństwa i instytucji państwowych w pierwszych miesiącach wojny była zjawiskiem bez precedensu. Setki tysięcy uchodźców znalazły w Polsce bezpieczne schronienie, i to w tempie oraz skali, do których żaden system administracyjny nie był wcześniej przygotowany.
Złożyło się na to mnóstwo równoległych działań: masowe przyjmowanie uchodźców, organizacja transportu, prywatne mieszkania udostępniane obcym ludziom z dnia na dzień, pomoc żywnościowa i medyczna, gigantyczna fala wolontariatu, inicjatywy samorządów, praca organizacji pozarządowych oraz mobilizacja przedsiębiorców. Autor raportu podkreśla, że wiele z tych zjawisk wydarzyło się w Polsce pierwszy raz, w niepowtarzalnej skali i formie — od zbiórek żywności i leków, przez inicjatywy edukacyjne, po tysiące indywidualnych gestów: wynajęcia mieszkania, podwiezienia, zakupu potrzebnych rzeczy.
Raport Kancelarii Prezesa Rady Ministrów szacował wartość pomocy udzielonej przez samo polskie społeczeństwo na około 20 mld zł. Marek Ziółkowski zwraca jednak uwagę, że wycena całego tego ruchu wyłącznie w pieniądzach nie oddaje jego prawdziwego znaczenia. Istotą tamtej chwili było owo „wtedy” — moment, w którym niemal każdy Polak mógł powiedzieć, jak konkretnie pomagał. To był kapitał społeczny, którego nie da się zamknąć w tabelce.
Tu dochodzimy do jednej z najważniejszych kwestii całego raportu. W debacie publicznej krążyła kwota około 106 mld zł, wiązana z polską pomocą dla Ukrainy w latach 2022–2023. Problem w tym, że liczba ta nie oznacza pieniędzy przelanych z polskiego budżetu do Kijowa.
Według analizy Marka Ziółkowskiego w tej sumie zestawiono ze sobą bardzo różne kategorie: wydatki rządowe, wydatki samorządowe, koszty pomocy dla uchodźców przebywających w Polsce, część kosztów ponoszonych przez samo społeczeństwo oraz inne formy wsparcia. Ujęcie sumaryczne sprawia, że całość wygląda na jeden wielki transfer finansowy — a w rzeczywistości są to strumienie o zupełnie odmiennym charakterze.
Warto więc wyraźnie rozróżnić cztery rzeczy, które w popularnym przekazie często się zlewały w jedno:
To cztery odrębne kategorie. Przedstawianie ich jako jednego rodzaju „przelewu na rzecz Ukrainy” jest — zdaniem autora raportu — źródłem większości nieporozumień, jakie narosły wokół tematu.
To prawdopodobnie najważniejszy fragment całej analizy. Skąd brały się te spektakularnie wysokie wartości udziału pomocy w PKB, które robiły w mediach największe wrażenie?
Raport wskazuje, że w niektórych zestawieniach jako stałą bazę odniesienia przyjmowano PKB Polski z 2021 roku — nawet wtedy, gdy analizowano pomoc przekazywaną w latach późniejszych. W materiale Kancelarii Prezydenta kwotę zgromadzoną przez około 2,5 roku (do końca czerwca 2024) zestawiono z PKB jednego, wcześniejszego roku. W efekcie otrzymano wartość 4,91% PKB. Mechanizm jest prosty: jeśli bierzemy jeden stały punkt startowy, a PKB w kolejnych latach rośnie, sumę z wielu lat można odnieść do niższej, „zamrożonej” podstawy i uzyskać imponująco wysoki wskaźnik.
Marek Ziółkowski proponuje inne, jego zdaniem bardziej rzetelne porównanie. Około 25 mld euro pomocy z lat 2022–2023 zestawia z łącznym PKB Polski w tych samych dwóch latach, wynoszącym około 1660 mld euro. W takim ujęciu wynik to około 1,7% PKB — czyli mniej więcej połowa wartości wyliczonych metodą przyjętą w materiale Kancelarii Prezydenta.
Trzeba to jasno powiedzieć: 1,7% PKB nadal oznacza ogromny i politycznie znaczący wysiłek. To odważna, potrzebna decyzja. Wygląda jednak zupełnie inaczej niż wartości zbliżone do 4–5%, które sugerowały, że Polska wydaje na Ukrainę więcej niż na własne kluczowe sektory. Autor przypomina bowiem, że w tym samym czasie Polska przeznaczała wielokrotnie więcej — jego zdaniem około ośmiokrotnie więcej — na ochronę zdrowia, oświatę i obronę łącznie.
Ziółkowski nie stawia tu tezy o oszustwie. Jego krytyka dotyczy zastosowanej metodologii i sposobu komunikowania wyników. Autor raportu ocenia, że posłużono się niestandardowym sposobem prezentacji danych, który — jak pisze — służył celom wizerunkowym, a nie statystycznym. To ważne rozróżnienie: chodzi o to, jak liczby były pokazywane i porównywane, a nie o to, czy pomoc rzeczywiście miała miejsce. Miała, i to na dużą skalę.
Obraz zmienia się radykalnie, gdy przejdziemy od pierwszych dwóch lat wojny do okresu późniejszego. Według danych przedstawionych w raporcie w 2024 roku Polska przekazała Ukrainie już około 3 mld zł — czyli mniej więcej 0,15% PKB.
To nie jest drobna korekta, lecz zmiana rzędu wielkości. Autor raportu zwraca uwagę, że Polska przestała wówczas należeć do państw nadających tempo europejskiej polityce pomocowej. Dla kontekstu: od stycznia 2024 do października 2025 roku państwa europejskie miały przekazać Ukrainie łącznie około 100 mld euro, a polska kontrybucja w tym okresie była już znacznie skromniejsza niż w latach 2022–2023.
Kontrast między dwiema fazami jest więc uderzający. W debacie publicznej wciąż mówimy o gigantycznym wysiłku z pierwszych miesięcy wojny — tymczasem bieżąca skala polskich donacji dawno przestała odpowiadać tamtemu obrazowi.
Przejdźmy do sfery militarnej — i od razu zróbmy rozróżnienie, które okaże się kluczowe dla dalszej części tekstu: darowizny wojskowe to jedno, a komercyjny eksport uzbrojenia to zupełnie coś innego.
Według raportu do połowy 2026 roku wartość polskiej pomocy wojskowej przekazanej Ukrainie w formie darowizn wyniosła około 16,45 mld zł. Co istotne, około 90% tej pomocy przekazano w latach 2022–2023. To właśnie wtedy z polskich magazynów popłynęły do Ukrainy m.in. czołgi T-72, samobieżne haubice Krab oraz przenośne przeciwlotnicze systemy Piorun.
Znaczenie tamtych decyzji trudno przecenić. Polska przekazywała uzbrojenie bardzo szybko, w pierwszej fazie rosyjskiej inwazji, kiedy wiele innych państw dopiero rozważało, czy i jak się zaangażować. Sprzęt trafiał na front w momencie, gdy liczyła się każda dostawa. Wszystkie te systemy zyskały zresztą bezapelacyjnie pozytywne recenzje ukraińskich wojskowych — a Kraby i Pioruny stały się przy okazji na wiele lat rozpoznawalnym polskim towarem eksportowym. I to właśnie prowadzi nas do drugiej, znacznie rzadziej omawianej liczby.
To jeden z najmocniejszych momentów całej analizy. Darowizny wojskowe i komercyjna sprzedaż uzbrojenia to dwa rozłączne strumienie — i o ile o pierwszym mówi się dużo, o tyle drugi pozostaje niemal nieobecny w publicznej rozmowie.
Według danych przywołanych w raporcie rzeczywisty eksport polskiego uzbrojenia i sprzętu wojskowego wyniósł w 2024 roku około 3,14 mld euro. Z tego około 2,49 mld euro — czyli mniej więcej 79% wartości eksportu — przypadało na sprzęt wojskowy i amunicję kierowane do Ukrainy. W skali lat 2022–2024 całkowity polski eksport uzbrojenia miał osiągnąć około 6,08 mld euro, a według autora około 80% tej kwoty wiązało się z ukraińskim importem. W 2025 roku Ukraina miała dodatkowo zaimportować z Polski uzbrojenie o wartości około 5,3 mld zł.
Żeby zrozumieć skalę tej zmiany, trzeba cofnąć się do sytuacji sprzed wojny. Przez lata polski eksport zbrojeniowy oscylował często w przedziale około 300–400 mln euro rocznie. Wojna i ukraiński popyt zmieniły to całkowicie: w cztery lata przemysł prześcignął wyniki całego wcześniejszego ćwierćwiecza. Jak ujmuje to sam autor raportu, oznacza to, że polski przemysł obronny „łapie głęboki oddech” po latach eksportowej stagnacji.
W tym miejscu potrzebna jest ostrożność, do której wzywa również Ziółkowski. Nie należy pisać, że „Polska zarobiła tyle samo, ile wydała” — bo tych danych nie da się bezpośrednio zsumować w jeden bilans. Darowizny przekazane przez MON (około 16 mld zł, czyli mniej więcej 3,9 mld euro) i komercyjny eksport (ponad 6 mld euro w latach wojny) to dwa odrębne strumienie, potwierdzane zarówno przez raport MSZ, jak i przez analityków przemysłu obronnego. To, co wynika z tych liczb, jest jednak jednoznaczne: wojna i ukraiński popyt stworzyły dla polskiego przemysłu zbrojeniowego ogromny rynek eksportowy, jakiego wcześniej po prostu nie było.
Warto dodać jeszcze jeden fakt, który porządkuje proporcje. Według SIPRI od inwazji z lutego 2022 roku co najmniej 35 państw dostarczyło Ukrainie znaczącą broń. Ukraina stała się w latach 2023–2024 zdecydowanie największym importerem uzbrojenia na świecie, a większość dostarczonej broni pochodziła ze Stanów Zjednoczonych (45%), Niemiec (12%) i Polski (11%). Polski udział w światowym eksporcie broni wzrósł do około 1% — wobec 0,05% przed wojną.
Tu wchodzimy na teren, który w rozmowie o „kosztach Ukrainy” niemal całkowicie zniknął. Raport przywołuje szeroko cytowane wyniki analizy Deloitte przygotowanej dla UNHCR, dotyczące wpływu uchodźców z Ukrainy na polski PKB. Według tych danych wkład ten wynosił około:
Trzeba to od razu doprecyzować, żeby uniknąć nadinterpretacji. Nie oznacza to, że do budżetu państwa wpłynęła dokładnie taka sama wartość w podatkach. To szacunek wpływu obecności i aktywności ekonomicznej uchodźców na wartość gospodarczą wytwarzaną w Polsce — a więc kategoria szersza niż same wpływy fiskalne.
Marek Ziółkowski zwraca jednak uwagę na porównanie, które trudno przeoczyć. Około 1,7% PKB — czyli wartość odpowiadająca jego przeliczeniu polskiej pomocy z lat 2022–2023 — mieści się dokładnie w przedziale gospodarczego wkładu uchodźców w tym samym okresie. Autor przedstawia to jako interpretację, prowokację intelektualną, a nie jako księgowy bilans państwa. Ale sama koincydencja tych dwóch liczb każe spojrzeć na całą relację inaczej niż przez pryzmat jednostronnego wydatku.
Do obrazu gospodarczego wkładu dochodzi przedsiębiorczość. Według raportu obywatele Ukrainy zarejestrowali w Polsce około 30 tys. firm — częściowo przenosząc działalność zza wschodniej granicy, częściowo zakładając zupełnie nowe podmioty, często dzięki wsparciu prawnemu polskich środowisk biznesowych.
Za tą liczbą stoi cały łańcuch efektów, które trudno sprowadzić do rubryki „koszty świadczeń socjalnych”. Te firmy tworzą miejsca pracy i zatrudniają pracowników, generują konsumpcję, płacą podatki, rozwijają usługi, przyczyniają się do integracji gospodarczej i budują trwałe relacje biznesowe między Polską a Ukrainą. To perspektywa, która w popularnej narracji o „obciążeniu budżetu” praktycznie nie istnieje — a bez niej obraz jest po prostu niepełny.
Kolejny element bilansu to wymiana handlowa. Według raportu obroty handlowe Polski z Ukrainą wynosiły około:
Kluczowa jest jednak nie sama wielkość obrotów, lecz ich struktura. W wymianie tej występuje wyraźna przewaga polskiego eksportu — bilans handlowy jest dla Polski dodatni, a dla Ukrainy ujemny. Innymi słowy: Ukraina jest dla Polski nie tylko odbiorcą pomocy, ale też bardzo ważnym, chłonnym rynkiem zbytu. Jesteśmy jednym z najistotniejszych partnerów handlowych Ukrainy na świecie — i to partnerem, który na tej wymianie zarabia.
To pytanie autor raportu stawia w formie retorycznej puenty — i warto je powtórzyć, bo dobrze porządkuje całą dyskusję. Odpowiedź nie brzmi ani „Ukraina powinna być wdzięczna Polsce”, ani „Polska powinna być wdzięczna Ukrainie”. Sens tego pytania jest inny: pokazać, że relacja jest znacznie bardziej dwustronna, niż wynika z popularnej narracji politycznej.
Po jednej stronie mamy realny, wielki wysiłek Polski: przyjęcie milionów uchodźców, ogromną pomoc społeczną, przekazanie broni w krytycznym momencie, wsparcie państwa ukraińskiego, gdy było ono najbardziej potrzebne. Po drugiej — fakty, o których mówi się znacznie rzadziej: Ukraińcy pracują w Polsce i zwiększają aktywność gospodarczą, zakładają dziesiątki tysięcy firm, Ukraina jest ważnym odbiorcą polskich produktów, polski przemysł zbrojeniowy notuje rekordowy eksport, a polskie firmy mogą w przyszłości uczestniczyć w odbudowie kraju. Zestawienie obu stron prowadzi do prostego wniosku: sprowadzanie całej relacji do rachunku jednostronnego transferu pieniędzy nie jest uczciwe.
To jedna z głównych tez politycznych Marka Ziółkowskiego — i warto ją przytoczyć precyzyjnie, jako ocenę autora. Krytykuje on coraz częstsze traktowanie pomocy jako instrumentu, który miałby uprawniać do żądania od Ukrainy politycznej „wdzięczności”, ustępstw czy specjalnego traktowania Polski.
Argument autora odwołuje się do klasycznego modelu pomocy międzynarodowej. W tym modelu podstawowym miernikiem sukcesu jest to, czy pomoc pozwoliła beneficjentowi osiągnąć zakładany rezultat — a nie to, ile wdzięczności okazał on darczyńcy. W przypadku Ukrainy celem jest utrzymanie zdolności państwa do funkcjonowania, obrona przed rosyjską agresją, bezpieczeństwo infrastruktury i zwiększenie bezpieczeństwa całego regionu, w tym Polski. Jeśli te cele są realizowane, pomoc spełnia swoją funkcję.
Ziółkowski przywołuje przy tym analogię, która powinna dać do myślenia. Polska sama była przez dziesięciolecia beneficjentem ogromnego wsparcia Zachodu — w okresie transformacji lat dziewięćdziesiątych i później, jako członek Unii Europejskiej. Nikt wówczas nie żądał od nas „orderów za okazane wsparcie” ani nie wystawiał rachunku wdzięczności. Weryfikowano natomiast to, jak pomoc wykorzystaliśmy — i za to, jak zauważa autor, otrzymywaliśmy generalnie pozytywne oceny.
Tu dochodzimy do jednego z najważniejszych paradoksów raportu. W polskiej debacie publicznej wciąż bardzo często mówimy o gigantycznym wysiłku z lat 2022–2023 — tymczasem bieżąca skala polskich donacji jest już nieporównanie mniejsza. Rozmawiamy o przeszłości tak, jakby była teraźniejszością.
W tym samym czasie inne państwa nie zwolniły tempa. Kraje nordyckie, bałtyckie i część państw Europy Zachodniej kontynuują znaczące finansowanie Ukrainy. Według danych przywołanych w raporcie Dania, Norwegia, Szwecja i państwa bałtyckie przeznaczają obecnie około 1% PKB na pomoc dla Ukrainy, podczas gdy Niemcy, Francja czy Wielka Brytania — około 0,4–0,6%. Polska w tym zestawieniu przesunęła się z roli jednego z liderów pierwszej fazy pomocy do pozycji znacznie bardziej ograniczonego donora.
To ocena i diagnoza autora raportu, a nie neutralny komunikat statystyczny — Ziółkowski nie kryje, że uważa to za stratę, również wizerunkową i strategiczną. Ale sama tendencja jest faktem wynikającym z liczb.
Na koniec części gospodarczej warto spojrzeć w przyszłość. Odbudowa Ukrainy może kosztować setki miliardów euro — autor porównuje jej potencjalną skalę do powojennego planu Marshalla dla Europy. To oznacza możliwości dla całych sektorów: budownictwa, energetyki, infrastruktury, logistyki, przemysłu, sektora finansowego, technologii, a także polskich producentów i firm usługowych.
Raport wskazuje, że Polska dysponuje w tym kontekście szczególnymi przewagami. Składają się na nie bliskość geograficzna, rozbudowane już relacje handlowe, ukraińska diaspora z doświadczeniem pracy w Polsce, znajomość rynku, zaplecze logistyczne oraz istniejące kontakty między przedsiębiorstwami obu państw. Autor zwraca uwagę, że trudno dziś wyobrazić sobie polski rynek pracy bez setek tysięcy Ukraińców — i że przy budowie kompetencji dla powojennej gospodarki ukraińskiej naturalne będzie wykorzystanie kwalifikacji i kontaktów tych osób.
Wniosek, jaki wyłania się z tej części raportu, jest strategiczny: przemyślana polityka wobec Ukrainy może być jednocześnie polityką bezpieczeństwa i długoterminową polityką gospodarczą. Jedno nie wyklucza drugiego — przeciwnie, wzmacniają się nawzajem.
Nie da się tego wszystkiego domknąć prostym stwierdzeniem, że „pomoc się Polsce zwróciła”. Dane nie pozwalają na tak wygodny rachunek — darowizny, eksport, wkład uchodźców w PKB i wpływy podatkowe to różne kategorie, których nie wolno mechanicznie sumować ani zestawiać jak pozycji w jednym zeszycie księgowym.
Puenta jest bardziej złożona. Polska rzeczywiście bardzo pomogła Ukrainie. Był to ogromny wysiłek społeczny, finansowy, humanitarny i wojskowy, którego nie należy umniejszać ani relatywizować. Jednocześnie po czterech latach wojny wiadomo już, że gospodarcza historia tych relacji nie jest jednostronnym transferem od Polski do Ukrainy. Ukraińcy współtworzą polski PKB, prowadzą dziesiątki tysięcy firm, Ukraina kupuje polskie towary i uzbrojenie, a jej przyszła odbudowa może stać się jednym z największych przedsięwzięć gospodarczych w Europie.
Zasadnicza teza raportu Marka Ziółkowskiego pozostaje przy tym uniwersalna i wykracza poza samą Ukrainę: pomoc zagraniczna powinna być transparentnie liczona, strategicznie uzasadniona i oceniana przez pryzmat swoich rezultatów — a nie wykorzystywana przede wszystkim jako narzędzie do budowania politycznego rachunku wdzięczności. Rzetelne dane nie chronią przed krytyką, ale pozwalają prowadzić poważną rozmowę. A tej — jak przekonuje autor — w sprawie polskiej pomocy dla Ukrainy przez ostatnie lata wyraźnie brakowało.
Źródło: Marek Ziółkowski, „Polska pomoc dla Ukrainy. Nagie fakty i gorzka diagnoza”, Fundacja im. Stefana Batorego, 2026. https://www.batory.org.pl/wp-content/uploads/2026/08/Polska-pomoc-dla-Ukrainy.pdf