Kim Fernandez - między domem a niepewnością. Migracja w cieniu wojny

Kim Fernandez – między domem a niepewnością. Migracja w cieniu wojny

20 marca 2026

Są historie migracji, które zaczynają się od wieloletnich planów, oszczędzania pieniędzy i dokładnego przygotowania. Są też takie, które rodzą się niemal przypadkiem – z podróży, spontanicznej decyzji i jednego zaproszenia od przyjaciela.

Historia Kim Fernandez należy do tej drugiej kategorii.

Dziś mieszka w Dubaju, pracuje w branży rekrutacyjnej i na co dzień rozmawia z ludźmi, którzy – podobnie jak ona kiedyś – rozważają wyjazd za granicę. Pomaga im zrozumieć proces migracji, znaleźć pracę i podjąć decyzję o zmianie życia. Sama jednak dobrze pamięta, jak wygląda pierwszy wieczór w obcym kraju, kiedy człowiek jest zmęczony, zagubiony i nie ma odwagi powiedzieć rodzinie, że płakał.

A ostatnie miesiące dopisały do tej historii jeszcze jeden rozdział – życie w mieście, nad którym w nocy słychać drony i myśliwce.

Kiedy światem wstrząsnęła wiadomość o nagłym wybuchu wojny na Bliskim Wschodzie, wszyscy śledziliśmy newsy. A kiedy okazało się, że Dubaj również znalazł się pod ostrzałem, wiedziałem, że muszę skontaktować się z Kim. Nie mamy możliwości porozmawiania twarzą w twarz, ale od czego są komunikatory.

Wychowana jak księżniczka, zmuszona być wojowniczką

Kim dorastała na Filipinach jako jedyne dziecko. Jej ojciec pracował za granicą, dlatego przez większość czasu wychowywała ją mama oraz babcia, którą nazywa „Gama”. Rodzina była bardzo blisko związana, a Kim od najmłodszych lat czuła, że jest dla nich najważniejszą osobą na świecie.

Kiedy miała jedenaście lat, jej ojciec zmarł. To wydarzenie wstrząsnęło rodziną, ale jednocześnie jeszcze bardziej zbliżyło ją do mamy i babci.

– Byłam jedynaczką, więc mama była bardzo opiekuńcza. Rozumiem to – zostałyśmy tylko we dwie. Dorastałam w komforcie, ale też z poczuciem, że muszę być silna. Zawsze mówię, że wychowano mnie jak księżniczkę, ale jednocześnie zmuszono do bycia wojowniczką – podsumowuje.

Powiedzmy sobie szczerze – bycie jedynym dzieckiem ma swoje zalety, ale nie jest usłane różami. Też coś o tym wiem jako jedynak. Podobnie jak w przypadku Kim, moi rodzice byli bardzo troskliwi i opiekuńczy, a ja musiałem walczyć z nimi choćby o to, żeby w wieku 20 lat móc podjąć pierwszą dorywczą pracę. To komfort okupiony ograniczeniami i ścisłą kontrolą. Coś za coś.

Mimo tej troski Kim dorastała w rzeczywistości, która dla wielu młodych Filipińczyków oznacza jedno – myślenie o emigracji. W kraju, w którym miliony ludzi pracują za granicą, wizja wyjazdu jest niemal naturalną częścią dorastania.

Na początku jednak była to bardziej fantazja o podróżach i zwiedzaniu niż konkretny plan na życie.

Podróż, która miała być tylko przygodą

Po ukończeniu studiów Kim nie miała jeszcze jasnej wizji swojej przyszłości. Jej mama i babcia postanowiły zrobić jej prezent – pierwszą samodzielną podróż. Wybrały Singapur.

W trakcie przygotowań do wyjazdu Kim zadzwoniła do jednej z najbliższych przyjaciółek i zapytała, czy nie chciałaby polecieć razem z nią. Wtedy dowiedziała się czegoś zaskakującego – przyjaciółka już nie mieszkała na Filipinach.

Przeprowadziła się do Dubaju.

Zaproponowała Kim, żeby po zakończeniu podróży do Singapuru odwiedziła ją choćby na tydzień. Dla dziewczyny wychowanej w bardzo opiekuńczym domu było to niemal nierealne. Jak sama wspomina, przez całe dzieciństwo nie wolno jej było nawet nocować u znajomych.

– Powiedziałam jej, że to niemożliwe. Wiedziała, jak bardzo moja mama jest nadopiekuńcza. Ale mimo wszystko zapytałam. Było dużo rozmów, trochę łez, mnóstwo obietnic… Ta przyjaciółka nawet sama napisała do mojej mamy. I w końcu dostałam zgodę.

Babcia pożyczyła jej pieniądze na wizę. Tak zaczęła się podróż, która miała zmienić całe jej życie.

Moment, w którym nic nie było jeszcze pewne

Kiedy Kim przyleciała do Dubaju, wszystko wyglądało jak wakacje. Nowe miasto, nowa kultura, znajomi, zwiedzanie. Nie myślała jeszcze o pracy ani o dłuższym pobycie.

Dopiero po kilku tygodniach pojawiła się myśl, że może spróbować zostać.

– To nie był moment wielkiej decyzji. Raczej uczucie, że nagle znalazłam się w swojej erze ‘big girl moves’. Robiłam rzeczy, których wcześniej nigdy nie robiłam – ale tak naprawdę nie wiedziałam, dokąd mnie to zaprowadzi.

Przyjaciółka, która ją zaprosiła, musiała wrócić do swoich obowiązków zawodowych szybciej, niż to było planowane, ale zasugerowała Kim jedno: spróbuj wysłać kilka CV i zobacz, co się stanie.

Kim wysłała kilka aplikacji.

Jedna firma odpowiedziała.

Oferta była skromna, ale dla niej oznaczała szansę. Uznała, że jeśli wróci na Filipiny, łatwo wpadnie w wygodny schemat życia zależnego od rodziny.

– Pomyślałam, że muszę sprawdzić, czy potrafię poradzić sobie sama. Chciałam udowodnić sobie, że dam radę.

Przyjęła ofertę pracy – pierwszą, jaką dostała.

Pierwsze miesiące emigracji

Romantyczna wizja życia za granicą szybko zderzyła się z rzeczywistością.

Kim mieszkała w niewielkim pokoju dzielonym z innymi osobami. Spała na górnej pryczy piętrowego łóżka – to była najtańsza opcja. Po pracy wracała wyczerpana, ale jej dzień wcale się nie kończył. Musiała zrobić pranie – czego wcześniej nigdy nie robiła. Na Filipinach zawsze zajmował się tym ktoś z rodziny. Przyjechała z ubraniami wystarczającymi na dwa tygodnie, więc pranie musiała robić niemal co drugi dzień.

Nie potrafiła też gotować.

– Czasami zamawiałam jedzenie, ale często było mnie na to po prostu nie stać. Zdarzało się, że zasypiałam głodna, bo byłam zbyt zmęczona, żeby gotować – wspomina. – Na szczęście współlokatorka zgodziła się włączać mnie do swojego planu posiłków. Dokładałam się do zakupów, a ona dbała o to, żebyśmy miały co zjeść.

Wieczorami często płakała.

Ale mama nigdy się o tym nie dowiedziała.

– Nigdy jej nie powiedziałam, że płaczę. Wiedziałam, że jeśli się dowie, natychmiast każe mi wracać do domu.

Betonowa dżungla

Dla Kim ogromnym wyzwaniem był także szok kulturowy. Dorastała w prowincjonalnej części Filipin, otoczona naturą. Lubiła wędrówki, góry i aktywność na świeżym powietrzu.

Dubaj był zupełnie innym światem.

– To była prawdziwa betonowa dżungla. Wszystko działo się szybko. Ludzie biegli do pracy, biegli do metra, biegli do domu. Metro w godzinach szczytu jest przepełnione, a upał latem sięgał nawet 50 stopni. U nas 38 stopni to norma, ale ten klimat okazał się o wiele trudniejszy.

Kim do dziś pamięta jedną z sytuacji z pierwszych miesięcy w mieście. Jako żywo przypomina mi ona nasze rodzime, polskie zmagania z… wyzwaniami higienicznymi pasażerów komunikacji miejskiej.

– Mam 152 centymetry wzrostu. W metrze wszyscy byli ode mnie wyżsi i trzymali się uchwytów nad głową. Stałam między nimi, czasem po 45 minut, i… naprawdę nie chcę wchodzić w szczegóły tej sytuacji, chyba się domyślasz, do czego zmierzam… ale było to bardzo intensywne doświadczenie.

Miasto możliwości i niewidocznych podziałów

Z czasem Kim zaczęła dostrzegać zarówno ogromne możliwości, jakie daje Dubaj, jak i jego mniej widoczne strony.

Miasto jest bezpieczne, bardzo dobrze zorganizowane i niezwykle międzynarodowe. W jednym miejscu można spotkać ludzi z dziesiątek krajów.

Jednocześnie pracując w HR, Kim zobaczyła mechanizmy, które rzadko są omawiane publicznie. W wielu firmach wciąż funkcjonują nieformalne podziały płacowe zależne od narodowości pracowników.

– Nie mówi się o tym otwarcie, bo oficjalnie nie jest to dozwolone. Ale pracując w HR, widziałam, jak często wynagrodzenie zależy od paszportu, a nie od kompetencji.

Do tego dochodzi jeszcze jedna cecha życia expatriantów w Dubaju – brak długoterminowej pewności. Wielu ludzi mieszka tam przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, ale ich status wciąż zależy od wizy pracowniczej.

Rekrutacja i ludzkie historie

Pierwsza praca Kim w Dubaju była jednocześnie początkiem jej kariery w branży HR. Z czasem coraz więcej zajmowała się rekrutacją i pracą z kandydatami z różnych krajów, a dziś jej własna historia emigracji jest jednym z najważniejszych elementów tej pracy.

– Kiedy rozmawiam z kandydatami, naprawdę rozumiem ich sytuację. Wiem, co znaczy zostawić rodzinę i spróbować szczęścia w innym kraju.

W swojej pracy spotyka także historie trudniejsze – niektórzy kandydaci przyjeżdżają do pracy po zapłaceniu tysięcy dolarów pośrednikom, a na miejscu okazuje się, że czeka na nich zupełnie inna praca, niż obiecywano.

– Widziałam ludzi, którzy zostali oszukani i mimo wszystko zostają, bo ich rodziny w domu liczą na pieniądze.

Pracy zmienić nie mogą, bo często nie mają jak. Dla wielu z nich oznaczałoby to niechybny powrót do domu – w dodatku bez pieniędzy, dla których zdecydowali się w ogóle wyjechać. Zostają więc, wykonując zawody poniżej kompetencji, niedostosowane do ich możliwości i umiejętności, zbyt ciężkie, zbyt mało płatne. Ale nie mają wyjścia.

Drugi dom, który wciąż jest tymczasowy

Minęło ponad dziesięć lat od momentu, gdy Kim przyleciała do Dubaju jako turystka. Niedługo potem dołączył do niej – jak sama mówi – “jej eks chłopak”. Eks, bo dziś jest jego żoną – i mamą trzyletniego chłopca.

– Mówię, że mam dwoje dzieci: jednego trzylatka i jednego czterdziestolatka – żartuje, mając na myśli swojego męża. Cóż, widać Polskę, Filipiny i Dubaj łączy o wiele więcej, niż nam się wydaje, bo ten żart najwyraźniej jest absolutnie transkontynentalny. Panowie wszelkich nacji, przed nami długa droga poprawy, bo nasza reputacja nas wyprzedza niezależnie od kultury!

Dubaj stał się ich drugim domem. Ale nawet po dekadzie wciąż towarzyszy im poczucie, że są tu tylko gośćmi.

– Możemy tu mieszkać przez dziesięciolecia, ale nadal jesteśmy zależni od wiz. W pewnym sensie zawsze czujemy się jak goście.

Wojna, która nagle stała się rzeczywistością

Ostatnie tygodnie przyniosły wydarzenia, których Kim nigdy się nie spodziewała.

Konflikt na Bliskim Wschodzie sprawił, że wojna – choć nie toczy się bezpośrednio w Dubaju – stała się częścią codziennego doświadczenia mieszkańców regionu.

Pierwsze dni były szczególnie trudne.

– Nigdy nie myślałam, że będę doświadczać wojny z pierwszej ręki.

W nocy nad miastem słychać było drony i myśliwce. Telefony uruchamiały alarmy. W wiadomościach pojawiały się informacje o odłamkach spadających po przechwyceniu rakiet.

– Najgorsze było to, że mam małego syna. Jako mama nie możesz przestać myśleć o tym, co będzie dalej.

Przez kilka dni wiele firm – szczególnie tych brytyjskich i amerykańskich, a także tych, których biura znajdowały się w ich pobliżu – pozwalało pracownikom zostać w domach, a szkoły przyspieszyły przerwę wiosenną.

Miasto jednak nie zatrzymało się całkowicie. Sklepy i centra handlowe pozostały otwarte.

Najtrudniejsze okazało się coś innego.

Niepewność.

Pytanie o przyszłość

Dziś życie w Dubaju stopniowo wraca do normalności, na ile to możliwe, ale wydarzenia ostatnich tygodni zmieniły sposób myślenia wielu mieszkańców.

Kim i jej mąż zaczęli rozmawiać o przyszłości – o tym, czy powinni zostać w Dubaju, czy rozważyć przeprowadzkę do innego kraju. Podobne rozmowy prowadzi wielu emigrantów. Kim widzi to również w swojej pracy. Kandydaci coraz częściej pytają o możliwości wyjazdu do innych państw, nie tylko do Polski (tu nieuchronnie pada kwestia tego, że nasze procedury migracyjne wołają o pomstę do nieba i trwają przeraźliwie długo), ale także do innych krajów Europy.

Niepewność geopolityczna zaczyna wpływać na decyzje migracyjne.

Historia, która wciąż się pisze

Kim nie mówi o żalu z powodu decyzji sprzed lat. Dubaj wiele jej dał – doświadczenie zawodowe, rozwój i życie, które zbudowała z rodziną. Jednocześnie wojna zmieniła jej perspektywę.

– Nie żałuję, że tu zostałam – zapewnia. – Bardzo się tu rozwinęłam i wiele się nauczyłam. Ale teraz wszystko wygląda inaczej. Nasze plany, cele i sposób myślenia o przyszłości się zmieniły.

Mimo niepewności Kim stara się patrzeć na przyszłość z nadzieją.

– Może to po prostu sposób Boga, żeby skierować nas w stronę czegoś lepszego.

To zdanie dobrze oddaje jej historię.

Historię dziewczyny wychowanej jak księżniczka, która nauczyła się być wojowniczką. Emigrantki, która kiedyś płakała w wynajętym pokoju w Dubaju, a dziś pomaga innym ludziom odnaleźć własną drogę. I matki, która – jak miliony migrantów na świecie – wciąż zadaje sobie jedno pytanie:

gdzie naprawdę jest dom?

Rozmowę przeprowadził Michał Woyczyński

Masz pytanie?